Thursday, October 4, 2007
www.taniepiwo.info
Sunday, May 13, 2007
9 osób, 9 dni, 9 postów - Come back
Pociąg do Dżankoj podstawił się wcześniej i miejscowi zajęli najlepsze miejsca w plackartach. Dla nas zostały już tylko kupiejne, za które musieliśmy niestety dopłacić po 5 hrywien. Pierwszy raz, po przejechaniu kilkunastu, a może już kilkudziesięciu tysięcy kilometrów szerokimi torami,
jechałem w takim wagonie - może to i wygodniejsze, ale brakuje troche klimatu. Zamykane przedziały - łe - wielkie mi rzeczy - to nie dla mnie, ja wolę integrację.
Tak oto jawił się poczatek końca naszej podróży. Do Dżankoj mimo obaw przybyliśmy punktualnie. W okolicach dworca uzupełniliśmy zapasy i wsiedliśmy w pociąg do Lwowa. W wagonie było więcej Polaków niż Ukraińców. Nasi sąsiedzi okazali się być studentami historii z Rzeszowa. Sił na pisanie wspomnień miałem już coraz mniej. Nie jest to łatwe zadanie, wierzcie mi. Wymaga znacznej wytrwałości i mobilizacji - ten, kto nie spróbował, nie wie jak duże jest to wyzwanie. Rozumie mnie tylko Paweł, który jeszcze skrzętniej notuje bierzące wydarzenia (akurat nie w tej chwili:) :
Trochę łatwiej opisywać otaczającą rzeczywistość było podczas podróży po USA z Inesą. Wtedy było bardzo komfortowo - pisaliśmy nasze dzienniki na laptopie, bez konieczności ich przepisywania. Tak, to była ciekawa wyprawa - PT Crusierem po Kalifiorni, Utah, Arizonie. Tu, w pociągu, mimo, że strasznie się wlecze, trzęsie okropnie. Wizja przepisywania wszystkiego na język zerojedynkowy nie ułatwia mi zadania. Żaden skaner OCR, nawet najlepiej zaprogramowany nie byłby w stanie odczytać powstających właśnie bazgrołów. Już teraz wiem, że ja sam będę miał problemy (mam je!) z odczytaniem tych hieroglifów. Po części mogę zwalić winę na warunki i średnią stabilność podłoża, ale prawdą jest też, że moje pokolenie w znacznie mniejszym stopniu używa pióra bądź długopisu. Króluje QWERTY, szkoda, że chociaż nie DVORAK.
We Lwowie kropił deszcz. Znalezienie środka lokomocji do granicy zajęło nam trochę czasu. Sporo wspołbraci wysiadło z pociągu, dlatego też pojawiły się komplikacje. Oczywiści mogliśmy wynająć busa tylko dla siebie, ale 100$ było ceną odstraszającą nie tylko nas. Po pół godzinie zjawiła się marszrutka, i wraz z grupą alpinistów zapakowaliśmy się na styk. Rumcola skróciła nam jazdę. Na granicy zamieszanie, bo był Dziadek Mróz, a większość mrówek czeka na Aptekarza, bo ponoć łagodniej traktuje próby przeniesienia ilości trunków i tytoniu przekraczające normy. Każdego obdarowałem kartonem papierosów, co by nie mieć żadnych problemów. Wystaliśmy swoje, ale udało się przedostać bez najmniejszych komplikacji. W Przemyślu, w barze wypiliśmy piwo Łomża, powstały pomysły, aby powtórzyć akcję z zakupem i sprzedażą piw z początku wycieczki. Na szczęście spełzły na niczym, pociagi nie były bardzo przeładowane, warunki powrotu do Warszawy były komfortowe. Bywało wesoło, komicznie:
To już jest koniec, pozostały wspomnienia, część dostępna na tych stronach, część w naszych umysłach i sercach. Oby nigdy nie zostały wymazane, pozdrawiam serdecznie i dzięki za czas poświęcony na czytanie. Mam nadzieję, że niebył zamrnowany.
Jeszcze raz zachęcam do lektury wspomnień Pawła (Godlesia) - jak się tylko ukażą - zamieszczę link.
Spojrzenie bowiem na minione wydarzenia przez pryzmat drugiej relacji, potrafi wydobyć dodatkowy wymiar - zupełnie tak jak w przypadku ludzkiego wzroku. Widzenie dwojgiem oczu, to nie tylko suma dwóch obrazów. Kiedy patrzymy przez jedno oko widzimy tylko dwa wymiary, uruchomienie drugiego oka, nie tylko poszerza kąt widzenia, ale przede wszystkim pozwala na uzyskanie głębi i daje możliwość szacowania odległości.
Tuesday, May 8, 2007
do i z Kercza
ale nikt z nas się na to nie skusił - zresztą mielibyśmy problemy z ich przyrządzeniem. Kupiłem wrawdzie trochę koniny, ale wędzonej, żeby sprawdzić jak smakuje. Całkiem całkiem, może trochę łykowata, ale smaczna i da się zjeść. Owoce morze ponownie królowały w naszych jadłospisach
,to z nimi eksperymentowaliśmy w największej skali. Nowe smaki i doznania to cel podróżowania sam w sobie, być może nie wypowiadany często wprost, jednak podświadomie dla wielu z nas oczywisty. Zdobywanie doświadczeń odbywa się na wielu płaszczyznach symulotnicznie, a zdecydowanej akceleracji nabiera właśnie podczas odwiedzin innych krajów, podczas poznawania nowych kultury i ich obyczajów. To jedna z esencjonalnych nut podróżowania, przynajmniej dla mnie, ale wiem, że nie jestem odosobniony w tej kwestii. Po zaspokojeniu głodu i pragnienia (Lemonowi wciąż było mało), ruszyliśmy na dworzec kolejowy - na drugi koniec miasta.
i węży - całkiem sporo życia - jak na ściek, a przecież byliśmy nad nim dosłownie przez chwilę i większości organizów nie byliśmy w stanie dostrzec.Z miescowej poczty, pośrodku której wiszą obrazy ilustrujace towarzysza Lenina, (nie takie portretowe, tylko takie przedstawiające go w sytuacjach codziennych) wysłaliśmy parę kartek do znajomych, rodziny. Nieopodal w supermarkecie zrobiliśmy spore zapasy spożywczo-procentowe. Największym przebojem okazały się wina, drugie miejsce to rumcola, trzecie piwo, na czwartym plasowały się mocniejsze trunki. Przed spoakowaniem wszystkiego rzostawiliśmy sie przy czerwonym murku. Niby zwyczajny murek,ale sprytnie pomyślany - pokryty jest specjalną, łatwo brudząca farbą, dzięki temu nikt na nim nie siadał (oprócz nas). Nasze plecaki jeszcze nigdy nie ważyły tak dużo. Nawet 35l plecak Lemona osiągnął przyzwoita wagę. Rozłożyliśmy się na bulwarze w oczekiwaniu na "nie wiadomo co" - używając słów Qbiego. Tak naprawdę to czekaliśmy aż rozwiąże się kwestia miejskiego noclegu. Do tej pory rozwiązania jaoś same się znajdywały, więc do paniki (jakiej paniki!?, nawet do lekkiego zdenerwowania) było nam jeszcze daleko. DZiewki odłączyły się na jakiś czas, żeby poskakać na dyskotece, część męska usiadła przy stoliku przedszkolnego ogródka. Popijając chmielowy napój wspominaliśmy minione studenckie czasy - szczególnie na myśl przychodzili nam najbardziej zwariowani wykładowcy z PG. Nadszedł czas spania. Godleś, Bielu i ja postanowiliśmy przespać się w palisadzie z kredek.

Po przebudzeniu się, wysuszyliśmy śpiwory, i jeszcze przed siódmą rano udaliśmy się na rynek. Miasto Kercz budziło się do życia. Ulica smagane wczesnoporannym słonecznym światłem pozbawione były elementu życia. Jedynym wyjątkiem byli śmieciarze, którzy rozpoczęli swoje codzienne obowiązki. Gdy dotarliśmy w okolice rynku sytuacja uległa zmianie. Życie tętniło. Gwar, zgiełk, hałas otaczających nas stoisk sprawiały wrażenie jakbyśmy znaleźli się w centrum ula. Tysiące robotnic (babuszek) nagabywało do swoich towarów, każdy poruszał się niby bezwładnie i bezskładnie, jednak kierował się swoją własną logiką. Moim głównym celem był zakup paierosów. Nie, nie palę! Jestem ekonomistą (a raczej będę, mam nadzieję że najdalej za pół roku). Postanowiłem zainwestować trochę pieniędzy w ten towar i wykorzystać znaczne różnice cen. Arbitraż jest naturalnym zjawiskiem, a posiadanie dostępu du rynku zbytu (brać zamieszkująca akademik) stanowi dodatkową zachętę to uprawiania tego typu procederu. Dzięki temu i pomocy całej drużyny, mam szansę na zwrot kosztów podróży. Przy takich planowanych rozmiarach zakupów miałem nadzieję uzyskac 5% rabat, udało się wynegocjować nawet więcej - 7,25%! Po zakupach pojechaliśmy na dworzec i połączyliśmy się z resztą grupy.
Kilka fotek z wyjazdu:
autorstwa Asi:
http://picasaweb.google.pl
i mojego:
http://www.neiu.edu/~mzietek/ukraine2007/www/index.html
http://www.neiu.edu/~mzietek/ukraine2007/ukraina_my
Nemiroff on the rocks
Z pewnymi trudnościami udało się w końcu rozbić namioty, poszliśmy na plaże, Qbi dostał suszone ryby, zrobiliśmy (Asia, Sierp i ja) kilka zdjęć kładącego się spać słońca.
Zaraz potem rozpoczęły się przygotowania do wieczerzy. Usiedliśmy w kółku, niczym pingwiny, chorniąc się przed wyziębiającym działaniem wiatru. Godleś rozpalił pseudo ognisko w szczelinie skały
, bo konicznie chciał sprawdzić jak palą się krowie odchody. Menu kolacji było bardzo ciekawe. W dużej części składało się z kaszki mannej, płatków ryżowych i zupek chińskich. Znaczącą pozycją kaloryczną był też granulat sojowy. Wodę ugotowaliśmy na maszynce gazowej - moja maszynka - sławetna benzynowa rakieta - nie doczekała się momentu uruchomienia. Tylko raz zawitaliśmy na stację benzynową, jednak brak pojemnika na oktany udaremnił operację tankowania. Tak to już jest z naturą ludzką, że najczęściej wybieramy rozwiązania dobre, najprostsze - często nie najlepsze, nioptymalne, najmniej wynagajce i angażujące jak najmniej środków. Heurystyka dostępności zdecydowała o niuruchamianiu rakiety, wygrała opcja najmniej skomplikowana. Ograniczeniem kombinacji posiłków była jedynie nasza wyobraźnia, Królował Godleś, który zmiksował soje, kaszkę, płatki ryżowe, przecier pomidorowy i chyba jeszcze kisiel albo budyń (albo te dwa składniki razem). Wyrażnie można wyodrębnić dwa czynniki integrujące grupę - zimno i alkohol. O ile wpływ tego drugiego na rozluźnienie rozmów jest oczywisty, o tyle drugi element - zimno ma znacznie ciekawsze podłoże. W świecie nauki istnieją teorie wyjaśniające powstanie ludzkiej inteligencji właśnie dzięki zmianom klimatycznym. Otóż w okresie zlodowaceń następowały bardzo znaczne wahanie średniorocznych temperatur. Zdolności adaptacji ewolucyjnej do tak nagłych zmian, w tak krótkch okresach czasu były i są poważnie ograniczone. Człowiek zatem, chcąc przetrwać zmuszony był do wykorzystania innych czynników (pozaewolucyjnych) pomagających w przetrwaniu. Na łamach tych teorii wtedy właśnie zaczęly funkcjonować grupy ludzkie, powstały szczątkowe języki, które pozwalały pierwotnym ludziom na wymianę doświadczeń i ich kumulację. Wiedza o ubiorze, o metodach polowań czy o sposobach leczenia chorób wzastała szybko, znacznie szybciej niż możliwe byłoby to na gruncie samej ewolucji. Odpowiednia zawartośc promili alkoholu we krwi zaowocowała wybitnie muzycznym charakterem wieczoru. Przebojem stawała się każda piosenka, której znaliśmy choć trzy słowa. Śpiewy trwały do późnych godzin nocnych - do momentu, kiedy skończyło się piwo i jarzębinówka. Powstawały nowe memy.
Było wczesne lato, i cholernie wiało
Dużo wina się piło i mało się spało...
Noc była wietrzna i wychładająca, ale namioty przetrawały ją bez uszczerbku. Ranek był pogodny. Miejscowi rybacy wyruszyli na połów.


Właściwe śniadanie zjedliśmy dopiero po zakupach w lokalnym magazinie, w oczekiwaniu na marszrutke do Kercza.
post scriptum
satelitarne zdjecie miejsca gdzie spalismy - Kurortnoje!
Step by step
Było już za późno na bezpośrednie połączenie z Kerczem. Nas i tak interesowała wersja najtańsza, więc przesiadaka tylko wzbogacała podróż o kolejne odwiedzone miejsce. Czterogodzinnym przystankiem okazała się Władisławowka. Co tam się nie działo. Zabawa zaczęła się jak zwykle w pociągu - niby to tylko 40 min, ale jak to mawia Lemon - 4 piwa, i rzeczywiście jakoś tak było. Wysiedliśmy na dworcu i poszliśmy pod "Magazin". Poszedłem jedną ulicę dalej, ale tam już były tylko pasące się krowy
- dziura jakich mało! Po jakimś czasie zjawił się Josip, tubylec. Razem Z Godlesiem, Bielem i Qbim rozpiliśmy szybko mała butelkę wódki, potem ja wyciuągnąłem swoją, dołączył Sierp i znowu było widać dno butelki. Coś gawariliśmy o Jewro 2012, i innych sprawach. Chwilę później zjawił się kitajec (chińczyk) - Misza -
kupiliśmy więcej piw, później nawet koniak Żan-Żak. Dyskoteka była nasza na wyłączność - zapuściliśmy kupione we Lwowie hity na krążkach CD. Było naprawdę hucznie i wesoło. Rewelacja, po raz kolejny nasza grupa pokazała swoją siłę przetargową wynikającą z mnogości. Mniejszej ilości osób byłoby trudno zorganizaować podobną zabawę.Mam wrażenie, że niektóre zdjęcia z tej imprezy nie powinny ujrzeć nigdy światła dziennego:)
Ale nic nie trwa wiecznie, spakowaliśmy się w pośpiechu i pożegnaliśmy z tą małą, ale jakoże zaskakująco gościnną mieściną.
W ostatniej minucie kupiłem w magazinie 10 Arsenałów, 1 zbił się po drodze i do pociągu dotarło tylko 9, albo aż 9 zważając na okoliczności.
Pociąg do Kercza miał jechać około dwóch godzin. Pomysł opuszczenia pojezdu przed końcem trasy narodził się dosyć spontanicznie, już nie pamiętam kto był jego autorem, ale jeśli miałbym obstawiać to postawiłbym na Asię.
był i step...
Ruszyliśmy w nieznane, w step. Trasę szacowaliśmy na kilka, może dziesięć kilometrów. Celem było rozbicie namiotów nad brzegiem Morza Azowskiego. Gdy wyszliśmy z pociągu było około jedenastej. Ruszyliśmy na północ/północny wschód - w stronę Kerczu.
Szliśmy wyjątkowo żwawo. Gdy grupa jeszcze stanowiła całość ustaliliśmy, że zatrzymamy się
dokładnie o pierwszej w nocy, i praktycznie bez względu na miejsce rozstawimy namioty. Po okoła dwudziestu minutach "iścia" grupa rozdzieliła się. Na czoło wysnunęliśmy się ja z Asią. Słuchaliśmy muzyki z telefonu komórkowego i parliśmy naprzód. Wtedy też miała miejsce pierwsza i jak się później okazało ostatnia, stosunkowo mocna wymiana zdań między mną a Bielem. Zdarzenie to, niosące w sobie wiele z symptomów przepowiadaniej przez Sierpa kłótni, rozdarło bezkresną ciszę panująca na stepie. Pewnie słychać nas było w promieniu kilometra. Sednem tej chwilowej eskalacji poglądów, była jak to zawsze bywa różnica poglądów. Struktura problemu przyjęła charakter konwergentny, nasz cel był wspólny, a rozbiło się raczej o sposoby dojścia do niego. Byłem pewien kierunku w którym podążaliśmy - dzięki odniesieniu do kierunku pociągu, którym jechaliśmy i konstelacji gwiazd. Niebo było bezchmurne, a pośwata księżyca wspomagała nasze czołówki. Potrafię jednak zrozumieć niepewność Biela i wynikające z niej zdenerwowanie. Gdybym był na jego miejscu, też byłbym zły - chyba nie potrafiłem go przekonać do mojego zdania. Ostatecznie kwestię sporną rozstrzygnął kompas Sierpa, który (na moje szczęście) potwierdził kierunek dalszej marszruty. Wraz z nadejściem deadlinu dotarliśmy nad bajorko wodne, prawdopodobnie jakiś staw hodowlany i rozstawiliśmy pałatki. Kolacji i wieczornego picia nie było. Po pierwsze nie mieliśmy wystarczająco dużo zapasów, a po drugie zmęczenie wzięło górę - poszliśmy grzecznie spać. Rankiem, standardowo - wswzyscy wyjęłi z plecakow produkty i "zmontowaliśmy" wspólne śniadanie. Był ktoś od smarowania i ktoś od krojenia. Toaleta znajdowała się za pobliskim pagórkiem, gdzie w kilku dołach (powiedział nam o tym z samego ranka pewien ukrainiec) można było spodziewać się poniemieckich min. Na szczęście nic nie wybuchło. Horyzont morza był widoczny w kilku miejscach, jednak droga prowadząca nad sam brzeg zdawała się ciągnąć w nieskończoność. Pogoda była idealna do marszu - szczypta słońca (lecz nie za dużo), dwie garście wiatru (w sam raz) i zero deszczu, ale przede wszystkim dopisywała pogoda ducha. Ta najważniejsza, bez której żadna podróż nie jest udana i która każdą drogę czyni wyjątkową. Po drodze wymienia się z towarzyszami myślami, zdaniami, doświadczeniami. Dla mnie ciekawe były opowieśći Lemona, który nie tak dawno temu zaczął pracę w "Luftwaffe" i już znał sporo zagadnień (jeżeli nie wszystkie) z dziedziny lotnictwa cywilnego. Szczegóły budowy lotnisk, prognozowania pogody, planowania rozkładów lotów i historie o awariach latających maszyn wypełniały nam czas. Przyroda otaczająca nas miała charakter stepowy - niska trawiasta roślinność ciągnęła się jak makiem zasiał. Gdzieniegdzie wyłaniały się wapienne skały z pieczarmi, czasami przebiegł zając. W miarę zbliżania się do morza, straciliśmy linię brzegową z oczu. Byliśmy pewni że jest za kilkoma pagórkami, ale jej nie widzieliśmy. Weronika z monofonicznym MP3 playerem stała się liderem marszu. Nigdy (poza kilkoma wygłuapami) nie ścigaliśmy się, każdy szedł swoim tempem - przynajmniej takie wrażenie odnosiłem. W momencie gdy dotarliśmy do fermy strusi, zmęczenie/znużenie osiągnęło "lokalne apogeum". Mieliśmy kilka pomysłów jak wykorzystąc to miejsce - jednym z nich była idea kupienia strusiego jajka. To byłby obiad(!). Nic takiego jednak się nie stało i obeszlliy się tylko smakiem wirtualnego posiłku. Dwieście metrów dalej, po wdrapamniu się na wzgórek, można było ujrzeć piękną, pełną panaroamę okolicy. Wtedy też dostrzegliśmy skały
,na których zaplanowaliśmy nocleg. W demokratycznym głosowaniu oddzielnymi grupami wybraliśmy opcję cofnięcia się do nadmorskiej wioski. Widać ją było jak na dłoni, jednak droga przez burzanowe pola zajęła 5-6 piw drogi. Szlak topograficznie nie nastręczał wielu trudności, wszelkie niebezpieczeństwa kryły się w trawach. Nie wiem, czy każdy zdawał sobie w pełni z nich sprawę. Największym z nich były węże i żmije. Co by było gdyby gad ukąsił jednego/jedną z nas? Dotarcie do najbliższego szpitala zajęłoby co najmniej godzinę, nikt z nas nie miał surowicy, a na dodatek nasze doświadczenie w postępowaniu w takich sytuacjach było nikłe. Momentami nasza wyprawa jawiła mi się jako za bardzo spontaniczna i bez należytego tła bezpieczeństwa. Z drugiej jednak strony trudno jest czegokolwiek żałować i pewnie każdy z nas (mimo zawartego ryzyka) powtórzyłby każdy swój krok. Do wioski dotarliśmy w trójkę - Weronika, Lemon i ja, poźniej dołączyła Karolina. Po krotkiej konwersacji z babuszką
udaliśmy się do monopolistycznego magazinu. Reszta grupy pozostała jakieś 15-20 minut za nami. Weszliśmy do środka - wybór nie był oszałamiający, jednak podstawowe produkty - piwo, wino i wodę - można było kupić. Chleba nie było.... . Usiedliśmy pod sklepem, gdy nagle ekspedientka oświadczyła, że zamyka sklep, bo za pięć minut ma marszrutkę do Kercza. W pośpiechu dokonaliśmy dalszych zakupów, głównie piwa w plastikowych butelkach. Udało się, ale wizja dnia bez elementarnych zapasów była bliska. Po części dzięki wydarzeniem sklepowym dane nam było poznanie rozkładu autobusów do Kercza i stworzenie szkicu notebene dlaszego planu podróży. miejsce noclego znaliśmy już od łądnych paru godzin. Zdarzył się tak, że wybrałem inną trasę niż wszyscy, przeszedłem przez cmentarz a później koło strżnicy wojskowej. Wtedy wyskoczył na mnie szarik - musiałem się zasłaniać plecakiem, bo szczerzylmocno kły. Na szczęśćie obeszło się bez rozlweu krwi, a wojskowi lekko zdziwieni nie widzieli żadnych przeszkód przed rozbiciem obozowiska wśród pobliskich skał.
Pociemu Jużne?
Pierwszym naturalnym przystankiem w każdej miejscowości był oczywiście "magazin". Dziwna sprawa - prawie dwa identyczne spożywczaki zlokalizowane są ściana w ścianę. Ceny te same, towary w 90% też. Chyba każdy obsługuje inny klan, innych sąsiadów - swoją klientelę, bo trudno w inny sposób wytłumaczyć funkcjonowanie takiego zjawiska. Gdyby właściciele znali zasady IO, to pewnie stworzyli by połączony sklep o charakterze lokalnego monopolu. Mogliby podzielić się pracą, zmniejszyć koszty, zyskać na sile przetargowej u hurtowników, itp, itd. Czy byliby wtedy szczęśliwsi? Na tym etapie podróży stałym punktem w naszym menu była już rumcola, ponadto kupiliśmy wino, piwo, chlep, sery, czekoladę i.....masło, o którym napiszę jeszcze później. Przed sklepem minięliśmy grupkę rowerzystów, którzy wlewali do swoich bidonów wódkę i chyba koniak. Ciekawie to wyglądało. Na ten fakt zwrócił uwagę napewno Qbi, który z wyjątkową szczegółowościa analizował każdego użytkownika "wielocipeda", a ponadto trasę jaką wybierał.
Część grupy kusił ciekawy, zachodni stok pięknej zielonej góry. Jednak lobbing drugiej na rzecz innego wariantu spania okazał się silniejszy. Wybór miejsca obozowiska nie nastręczył nam kłopotu. Po tym jak dostaliśmy się na główny bulwar miasteczka, ruszyliśmy w góre, na roztaczające się po zachodniej stronie zbocza. Po 20 min marszu dotarliśmy do polanki. Miejsce wydało się wszystkim (jednogłośnie!) idealne. Rozpoczęliśmy budowę naszych przenośnych domów. W całej tej przygotowawczej krzątaninie Weronika nastąpiła na ostrą krawędź rozbitej butelki. Rozcięła buta i stopę. Na szczęście rana nie okazała się zbyt głęboka, choć mogła trochę boleć. Akcja ratunkowa z wodą utalnioną i plastrem przebiegła sprawnie i szybko.
Przypomniała mi się moja przygoda z dziurawieniem stopy w twierdzy obronnej nad Dubrownikiem. Byliśmy tam z Pawłem już prawie rok temu. Schroniliśmy się pod dachem opuszczonego budynku, rozłożyliśmy swoje wszystkie rzeczy, gdziekolwiek się dało. Nagle zerwała się tak mocna ulewa, a deszcz pod kątem zaczął wpadać przez otwory okienne pozbawiaone szyb. Zaczęły lać się strugi wody po podłodze. Godleś obudził mnie, i zaczęliśmy akcję ewakuacyjną. Nie założyłem butów i to był poważny błąd... . Siknęła krew, zardzewiały gwóźdź przebił miejsce styku środkowego palca z prawą stopą. Paweł przyszedł z utlenioną wodą, ale nasza sytuacja nie wyglądał najlepiej. Rzeczy przenieśliśmy do korytarza, w którym hulał wiatr i też z ukosa zacinał deszcz. Jak na wojnie. W następnym dniu ciężko mi się chodziło, ale na szczęście udało się uniknąc jakoegoś zakażenia, czy innych powikłań.
Obóz powstał w niecałą godzinę. Uwagę towarzystwa przyciągał Bielu, udając się na eksptremalnie dalekie odleglości i fotografując nasz obóz prawie z lotu ptaka. Jestem pewien, że nie jestem jedynym, który z niecierpliwością czeka na wywołanie kliszy z jego ultralekkiego kompaktu. To będą fotki!
"Świetowanie" zainaugurował Qbi rozpoczynając konsumpcją kostki masła. Tak, tak - zjadł kostkę masła. Zakład między nim, a Pawłem, miał już miejsce dawno temu, ale realizacja wymagała odpowiedniej chwili. Ta nadeszła na Ukrainie. Czy to dlatego później wpatrywał się w poświatę księżyca, stojąc niemal nieruchomo na krawędzi zbocza? hmmm...
Z tyłu było słychać głosy, „podnieś rączki go góry…”:)
Około północy do naszego małego obozu zakradł się lis. Podszedł blisko nie bojąc się wcale. Pierwsze przepłoszenie go nic nie dało. Później zniknął na chwilę, ale pojawił się późno w nocy, gdy już poszliśmy spać. Obudził Godlesia przewracając jakąś puszkę, ale potem odszedł na dobre. Noc była spokojna, a poświata księżyca w pełni przebijała się przez lekko zachmurzone niebo.
Rankiem, po porannej toalecie i wspólnym śniadaniu wyruszyliśmy dalej. Wspólny posiłek jest mocno zakorzeniony w odległych sferach świadomości ludzi. Jeszcze zanim drzewa opuściły nas jadaliśmy w grupie. Jak mawiają chińczycy: „Obyś nie jadał sam”. Dużo prawdy zawartej jest w tym zdaniu o nas samych, o naszej naturze. Lubię, uwielbiam wspólne posilanie się – czasami mi tego bardzo brakuje, ale nie podczas tej wycieczki. Do Teodozji pozostało nam jakieś 10 kilometrów marszu, albo 10 piw, jak kto woli. Przed drogą dokonaliśmy zakupów w bliźniaczych sklepach. Rumcola, czekolada z wafelkami, Sierp kupił wędzonego kurczaka, którego kości trafiły się bezdomnym przydrożnym, słodkim szczeniakom. Godleś i Qbi walnęli sobie po setce wódki z papryką i dwoma, albo trzema korniszonami za jakiejś śmiesznie niskie pieniądze.
Najpierw szliśmy dorgą, jednak po kilku kilometrach udało mi się (z pomocą Asi i Godlesia) przeforsować pomysł skrótu. Skrót był skrótem, droga była krótsza, ale nie wiadomo czy szybsza. Trasa nie była specjalnie trudna, jednak po godzinie, czy dwóch marszu można ją było odczuć w łydkach. Prowadziła przez kilka sporych pagórków – na okoliczny szczyt. Nieopodal znajdowały się interesujące białe, kuliste budowle, niczym z Disney Worldu na Florydzie.
Przez naszego speca od telekomunikacji i systemów satelitarnych (Lemona) zostały zidentyfikowane jako obserwatorium meteorologiczne, bądź wyrzutnie pocisków balistycznych. W samej Teodozji nie spędziliśmy wiele czasu, zrobiliśmy podstawowe zakupy, tym razem menu zostało wzbogacone przez kabanosy, wędzony ser i pierwszą wódkę. W założeniu mieliśmy jechać do Kercza, jednak nasza pomysłowość przyczyniła się do rezygnacji z pierwotnych ustaleń. Sprawy potoczyły się w kierunku niemożliwym do przewidzenia.
*post scriptum
nocleg k. Ordżonkidze i trasa marszruty do Teodozji...zdjęcia satelitarne
45° 1'33.43"N 35°26'32.36"E

Monday, May 7, 2007
Cudak Sudak
Do głównej atrakcji Sudaku doszliśmy w "nowej" konfiguracji - tym razem szedłem z Asią. Odłączyliśmy się przypadkowo (jak to zawsze bywa) od grupy, bądź grupa od nas.
Po drodze minęliśmy monumentalny pomnik, relikt głębokiego socjalizmu, przedstawiający chyba ojca z dzieckiem, a może to była alegoria Ukrainy i wielkiej Rosji?
Bliżej twierdzy teren stawał się bardziej pofałdowany i górzysty. Okoliczne skałki przyciągały amatorów alpinizmu, którzy niczym pająki wspinali się dzielnie po idealnie pionowej gładzi skalnej.
Teraz piję piwo pod twierdzą genueńską.
Kilka lat temu byłem tu już z Kusym, Grześkiem i Kingą. Pamiętam jak dziś, że Kusy nie wszedła na zamek i został na piwie. Wtedy nie mogłem tego zrozumieć - jak można nie chciec zwiedzić takiej twierdzy? Teraz już chyba mogę to pojąć.
Nadszedł czas nowego wyboru nowego celu. Pod twierdzą z Pawłem znaleźliśmy na mapie ciekawy punkt. Kilkanaście kilometrów za rezerwatem Koktebl, - napis Jużne. Położenie tej miejscowości odpowiadało nam bardzo - jakieś 5-10 km od morza (dokładność mapy nie była zachwycająca...). Argumentem koronnym był fakt położenia niedaleko Teodozji. Nadszedł czas negocjacji z kierowcami marszrutek. Do rozmów zostaliśmy oddelegowani z Asią, (radziliśmy sobie przyzwoicie z ukraińskim). Początkowo było trudno. Stawki były zaporowe jak na studencką kieszeń. Obie strony starały się przedstawić swoje racje, jednak udało się dogadać na przyzwoitym poziomie - poniżej połowy wyjściowej ceny. Asia powiedziała, że jestem twardy w negocjacjach:)
Symferopol - stolica Smerfów?
W Symferopolu byliśmy wcześnie rano.
Ukraińskie pociągi nie mają tendencji do spóźniania się. W ogóle standard na kolejach rosyjskich, białoruskich, czy ukraińskich jest wyższy, a ceny znacznie niższe niż w Polsce. W każdym wagonie jest dwóch prowadników, i ciągle dostępny jest wrzątek. Miejsca do leżenia to standard przy tak znacznych odległościach – szkoda, że na niektórych polskich trasach nie ma dostępnej takiej opcji za rozsądną cenę. Im niższa klasa pociągu, tym ludzie bardziej się integrują – wymieniają produktami spożywczymi, ale też dokonuje się większa transfuzja myśli. W najwyższej klasie - kupiejnej – jest inaczej. Nigdy nie kupiłem takiego biletu, ale czasami bywałem w takich wagonach i ich przedziałach. Tak samo jest ze społeczeństwami – im mniej jest kapitalizmu i dążenia do posiadania własności, tym ludzie żyją bardziej przyjaźnie, w mniejszych dysproporcjach, są otwarci i milsi. Przynajmniej tak wynika z mojego doświadczenia.
Standardowa godzina na dworcu już nikogo nie dziwiła. W pierwszej kolejności udaliśmy się na Symferopolski rynek. Zgodnie z przewidywaniami okazał się rajem dla wielbicieli owoców morza. Najwięcej „ciekawostek” zakupił Sierp, niestety najwięcej też wyrzucił. Glony, małże, kalmary i inne bliżej niezidentyfikowane morskie organizmy kusiły swoją różnorodnością. Niektóre z nich nawet były smaczne – szczególnie kalmary z marchewką w zalewie octowej, małże i jeden rodzaj glonów, a reszta raczej nie była godna polecenia. Lemon zadowolił się tylko frytkami z MacDo, dziewczyny kupiły długo upragnioną kawę.
Proces wyboru następnego punktu podróży nie był zbyt długotrwały, chociaż rozważaliśmy równolegle sporo opcji. Ustalenie metody głosowania ocierało się czasami o demokrację. Zachowanie człowieka w grupie to ciekawe zjawisko. Pewnie mocne teoretyczne podstawy behawioralizmu mają koleżanki z psychologii, ale każdy może oprzeć się na własnej empirii życiowej – dochodząc często do tych samych wniosków. W grupie tworzą się koalicje, i to na bardzo różnych poziomach jednocześnie. Jedne są nastawione na realizowanie idei długoterminowych, inne zaś w celu zaspokojenia bierżących, czasami nagłych potrzeb - np. wypicia piwa, bądź przerwy na toaletę. Proces ich powstawania ma czasami więcej zmiennych niż kształtowanie się zjawisk pogodowych, a co za tym idzie – jest niemożliwy do przewidzenia. Co więcej, rzecz nie dotyczy tylko powstawania podgrup, to proces dynamiczny, wszystkie konfiguracje są możliwe, formy grup/podgrup zmieniają się ciągle – przechodzą metamorfozy – rozpadając się i łącząc na nowo niczym… .
W grupie ważni są przywódcy, ale równie ważni, pełniący kluczową rolę są integratorzy. Ci, którzy wyciszają konflikty, a nie je inicjują, ci, do których członkowie danej społeczności mają ponadprzeciętne zaufanie. Nie będę ich identyfikował, ale wiem, że można odnaleźć osoby o takich cechach w każdej większej ludzkiej grupie.
No więc jak decyzja zapadła? Ruszamy zdobyć genueńska twierdzę w Sudaku! Nie wziąłem za sobą sudoku:(.
Dorga Odesso
Droga przez park, wiodąca obok stadionu piłkarskiego Czernomorec wydawała się bardzo urokliwa. Rozpościerająca się przy porcie plaża była prawie zupełnie wyludniona, wyjątkiem byli kulturyści/atleci, którzy przyciągali wzrok żeńskej części wycieczki. Charakter powitania był zupełnie inny niż tego, które miało miejsce 3, 4 lata temu. Wtedy, gdy przybyliśmy razem z Kusym przywitał nas widok "toplessowych" pań. Tym razem większość przechodniów była w kurtkach. Słońce, jakgdyby nie mogąc się zdecydować co chwila chowało się i wyłaniało smagając nas swoimi promieniami. Kilku śmiałków z naszej ekipy nie mogło sobie odmówić pierwszej kąpieli w Morzu Czarnym.
Powrót na dworzec znowu nastąpił w innej konfiguracji. Tym razem szliśmy razem z Godlesiem (jak za dawnych czasów Węgiersko-Chorwacko-Bośniackich). Zachaczyliśmy o pocztę i nowy rynek. Gromadzenie zapasów na dalszą podróż pochłonęło nas przesadnio. Ogórki małosolne, kalmary, krewetki i jakieś pieczywo tureckie, do tego wino, wino, i jeszcze raz wino. No i piwo.
Zrobiło się naprawdę późno. Do odjazdu pociągu pozostało jakieś 20 min, a my byliśmy w zupełniej odległej dzielnicy miasta, czekają na tramwaj, który ciągle nie przybywał. Opcja taksówki urealniała się, jednak jakimś cudem udało się złapać marszrutkę i dotrzeć w ostatnich 5 min na dworzec. Reszta grupy też miała napięty grafik, ale wszyscy zdąrzyli.
Zapasy żywnościowo-alkoholowe mieliśmy przednie, nawet udało się zdobyś jakiś wspolny kat w wagonie. Polało się piwo, drinki, wino. Po jakimś czasie przyszedł zdesperowany student z PW prosząc o jakieś procenty. W przypływie dobroci obdarowaliśmy go połówką połówki jeszcze polskiego Absolwenta. Cały był w skowronkach i pewnie nie mógł uwierzyć w swoje szczeście. A my kontynuowaliśmy ucztę krewetkowo-kanapkowo-winną, aż do przyjścia....Milicji Pociągowej.
Sytuacja była ciekawa, a o wyborze osób zatrzymanych przez panów mundurowych zadecydował czysty przypadek. Qbi akurat podał butelkę z winem Piotrkowi, a ja trzymałem drugą. Zostaliśmy poproszeni o dokumenty i zaproszeni na rozmowę. Milicjanci pokazali nam odpowiednie artykuły konstytucji (albo/i kodeksu karnego Republiki Ukrainy) i poprosili mnie o ich odczytanie. Przeczytałem, ale do końca wszystkiego nie rozumiałem. Grzywna nie była wysoka – 60 hrywien od człowieka, ale nie powstrzymało to nas od negocjacji. Powiedziałem, że moja babcia pochodzi z Ukrainy, tłumaczyliśmy, że jesteśmy studentami Warszawskiego Uniwersytetu i u nas dzieneg niet. Poskutkowało. Skończyło się na spisaniu jednego z nas (Piotra). Zostaliśmy pouczeni, że wino jest traktowane przez ustawodawstwo ukraińskie jako trunek wysokoprocentowy, czyli na równi z wódką. Można je spożywać w miejscach publicznych, ale należy owinąć w papier – zupełnie jak w USA! Atmosfera rozluźniła się i cały wieczór upłynął miło.