Monday, May 7, 2007

Dorga Odesso

Odessę ze Lwowem dzeili jakieś 14 godzin koleją, czyli jakby to określił Lemon 20 piw drogi:). Na miejsce przybyliśmy rano, dokładnie o 8mej. W dziewięcioosobowej grupie już tak jest: "zawsze masz na kogo czekać, ale zawsze masz się z kim napić:)". Qui quo pro. Zanim zebraliśmy się ze dworca minęła "standardowa" godzina. Ruszyliśmy na plażę bulwarami żydowskiego miasta. Paweł kupił pierwsze krewetki na przydworcowym rynku, tym samym jeden z celi wyprawy został zrealizowany. Po drodze, z niebywałą łatwością grupa się zagubiła i rozpadła (na szczęście tylko) na dwie części. Na przyportowy piasek dotarliśmy różnymi ścieżkami.

Droga przez park, wiodąca obok stadionu piłkarskiego Czernomorec wydawała się bardzo urokliwa. Rozpościerająca się przy porcie plaża była prawie zupełnie wyludniona, wyjątkiem byli kulturyści/atleci, którzy przyciągali wzrok żeńskej części wycieczki. Charakter powitania był zupełnie inny niż tego, które miało miejsce 3, 4 lata temu. Wtedy, gdy przybyliśmy razem z Kusym przywitał nas widok "toplessowych" pań. Tym razem większość przechodniów była w kurtkach. Słońce, jakgdyby nie mogąc się zdecydować co chwila chowało się i wyłaniało smagając nas swoimi promieniami. Kilku śmiałków z naszej ekipy nie mogło sobie odmówić pierwszej kąpieli w Morzu Czarnym.

Miasto ma niewątpliwie w sobie coś mistycznego. Przes wojną tętniło tu życie - miasto w randze ważności w całej Rosji zdobyło czwartą pozycję - zaraz po Warszawie. Żydowscy kupcy stanowili niewątpliwie siłę napędową handlu. Dzisiaj, mimo, iż zlokalizowany jest tu największy port handlowy Ukrainy miasto nie przyciąga już tak, jak za czasów swojej największej świetności. Jednak dawne czasy zostawiły pierwiastek magiczności - szeroki bulwary, piękne (choć już niszczejące) kamienice, mnóstwo ciekawych uliczek -

niewątpliwie warto się tu wybrać, choć na parę godzin. Z czasów największego rozkwitu pozostała tu przepiękna opera, i słynne schody.



Powrót na dworzec znowu nastąpił w innej konfiguracji. Tym razem szliśmy razem z Godlesiem (jak za dawnych czasów Węgiersko-Chorwacko-Bośniackich). Zachaczyliśmy o pocztę i nowy rynek. Gromadzenie zapasów na dalszą podróż pochłonęło nas przesadnio.
Ogórki małosolne, kalmary, krewetki i jakieś pieczywo tureckie, do tego wino, wino, i jeszcze raz wino. No i piwo.

Zrobiło się naprawdę późno. Do odjazdu pociągu pozostało jakieś 20 min, a my byliśmy w zupełniej odległej dzielnicy miasta, czekają na tramwaj, który ciągle nie przybywał. Opcja taksówki urealniała się, jednak jakimś cudem udało się złapać marszrutkę i dotrzeć w ostatnich 5 min na dworzec. Reszta grupy też miała napięty grafik, ale wszyscy zdąrzyli.


Zapasy żywnościowo-alkoholowe mieliśmy przednie, nawet udało się zdobyś jakiś wspolny kat w wagonie. Polało się piwo, drinki, wino. Po jakimś czasie przyszedł zdesperowany student z PW prosząc o jakieś procenty. W przypływie dobroci obdarowaliśmy go połówką połówki jeszcze polskiego Absolwenta. Cały był w skowronkach i pewnie nie mógł uwierzyć w swoje szczeście. A my kontynuowaliśmy ucztę krewetkowo-kanapkowo-winną, aż do przyjścia....Milicji Pociągowej.
Sytuacja była ciekawa, a o wyborze osób zatrzymanych przez panów mundurowych zadecydował czysty przypadek. Qbi akurat podał butelkę z winem Piotrkowi, a ja trzymałem drugą. Zostaliśmy poproszeni o dokumenty i zaproszeni na rozmowę. Milicjanci pokazali nam odpowiednie artykuły konstytucji (albo/i kodeksu karnego Republiki Ukrainy) i poprosili mnie o ich odczytanie. Przeczytałem, ale do końca wszystkiego nie rozumiałem. Grzywna nie była wysoka – 60 hrywien od człowieka, ale nie powstrzymało to nas od negocjacji. Powiedziałem, że moja babcia pochodzi z Ukrainy, tłumaczyliśmy, że jesteśmy studentami Warszawskiego Uniwersytetu i u nas dzieneg niet. Poskutkowało. Skończyło się na spisaniu jednego z nas (Piotra). Zostaliśmy pouczeni, że wino jest traktowane przez ustawodawstwo ukraińskie jako trunek wysokoprocentowy, czyli na równi z wódką. Można je spożywać w miejscach publicznych, ale należy owinąć w papier – zupełnie jak w USA! Atmosfera rozluźniła się i cały wieczór upłynął miło.


1 comment:

Anonymous said...

Literówka w tytule.
Kolejne wpisy będą mam nadzieję mniej ortograficzne, a bardziej merytoryczne ;-).