Droga przez park, wiodąca obok stadionu piłkarskiego Czernomorec wydawała się bardzo urokliwa. Rozpościerająca się przy porcie plaża była prawie zupełnie wyludniona, wyjątkiem byli kulturyści/atleci, którzy przyciągali wzrok żeńskej części wycieczki. Charakter powitania był zupełnie inny niż tego, które miało miejsce 3, 4 lata temu. Wtedy, gdy przybyliśmy razem z Kusym przywitał nas widok "toplessowych" pań. Tym razem większość przechodniów była w kurtkach. Słońce, jakgdyby nie mogąc się zdecydować co chwila chowało się i wyłaniało smagając nas swoimi promieniami. Kilku śmiałków z naszej ekipy nie mogło sobie odmówić pierwszej kąpieli w Morzu Czarnym.
Powrót na dworzec znowu nastąpił w innej konfiguracji. Tym razem szliśmy razem z Godlesiem (jak za dawnych czasów Węgiersko-Chorwacko-Bośniackich). Zachaczyliśmy o pocztę i nowy rynek. Gromadzenie zapasów na dalszą podróż pochłonęło nas przesadnio. Ogórki małosolne, kalmary, krewetki i jakieś pieczywo tureckie, do tego wino, wino, i jeszcze raz wino. No i piwo.
Zrobiło się naprawdę późno. Do odjazdu pociągu pozostało jakieś 20 min, a my byliśmy w zupełniej odległej dzielnicy miasta, czekają na tramwaj, który ciągle nie przybywał. Opcja taksówki urealniała się, jednak jakimś cudem udało się złapać marszrutkę i dotrzeć w ostatnich 5 min na dworzec. Reszta grupy też miała napięty grafik, ale wszyscy zdąrzyli.
Zapasy żywnościowo-alkoholowe mieliśmy przednie, nawet udało się zdobyś jakiś wspolny kat w wagonie. Polało się piwo, drinki, wino. Po jakimś czasie przyszedł zdesperowany student z PW prosząc o jakieś procenty. W przypływie dobroci obdarowaliśmy go połówką połówki jeszcze polskiego Absolwenta. Cały był w skowronkach i pewnie nie mógł uwierzyć w swoje szczeście. A my kontynuowaliśmy ucztę krewetkowo-kanapkowo-winną, aż do przyjścia....Milicji Pociągowej.
Sytuacja była ciekawa, a o wyborze osób zatrzymanych przez panów mundurowych zadecydował czysty przypadek. Qbi akurat podał butelkę z winem Piotrkowi, a ja trzymałem drugą. Zostaliśmy poproszeni o dokumenty i zaproszeni na rozmowę. Milicjanci pokazali nam odpowiednie artykuły konstytucji (albo/i kodeksu karnego Republiki Ukrainy) i poprosili mnie o ich odczytanie. Przeczytałem, ale do końca wszystkiego nie rozumiałem. Grzywna nie była wysoka – 60 hrywien od człowieka, ale nie powstrzymało to nas od negocjacji. Powiedziałem, że moja babcia pochodzi z Ukrainy, tłumaczyliśmy, że jesteśmy studentami Warszawskiego Uniwersytetu i u nas dzieneg niet. Poskutkowało. Skończyło się na spisaniu jednego z nas (Piotra). Zostaliśmy pouczeni, że wino jest traktowane przez ustawodawstwo ukraińskie jako trunek wysokoprocentowy, czyli na równi z wódką. Można je spożywać w miejscach publicznych, ale należy owinąć w papier – zupełnie jak w USA! Atmosfera rozluźniła się i cały wieczór upłynął miło.
1 comment:
Literówka w tytule.
Kolejne wpisy będą mam nadzieję mniej ortograficzne, a bardziej merytoryczne ;-).
Post a Comment