Monday, May 7, 2007

Warszawa, Kraków, Lwów

Jest godzina....hmmm...właściwie nie wiem która. Nie mam zegarka, a wyłączony Blackberry spoczywa gdzieś na dnie plecaka. Dokładna godzina nie jest istotna, w podróży (poza sytuacjami związanymi z rozkładem jazdy) życie upływa wraz z cyklem słonecznym. Zupełnie jak w czasach dawnych, mniej stresowych. Jest późno, za oknem zapadła ciemność. Ze Lwowa wyruszyliśmy okoła 20tej. Wyruszyliśmy. My, czyli: w rolach głównych:
- Lemon - mój kolega z liceum. Może napiszę coś o nim więcej, później.
- Sierp - również kolega z liceum, IV L.O w Gdyni, też może napiszę coś więcej.
- Paweł (Godleś), Qbi (Kuba), Bielu (Piotr) - koledzy z JSEMenu - jakże nie mógłbym o nich napisać coś więcej, a ponadto: Weronika, Asia i Karolina. napiszę o nich więcej, jeśli będę coś więcej wiedział. Na razie wiem mało. No i moja skromna osoba, o której nie będę pisał.

Ale co było przed Lwowem???

Z Warszawy wyjechaliśmy po północy - pociągiem relacji północ-południe, do Krakowa. Wyjazd zapowiadał się ciekawie od samego początku. Kupiliśmy z Pawłem 25 piw i wódkę (zgodnie z życzeniem Lemona i Sierpa jadącymi z Gdyni). Niestety, a może i stety, tłok w pociagu był tak duży, iż szanse na spotknie się w jednym przedziale zmalały do zera. Jedynie Lemon (kierowany nieodgadniętym i niepowstrzymanym pędem do zwiększenia ilości promli we krwi) wyszedł nam na spotkanie. Mieliśmy całkiem spory zapas zimnego chmielowego trunku, którego nie bylibyśmy w stanie pochłonąć. To znaczy bylibyśmy w stanie, ale ograniczeniem była toaleta, do której nie było praktycznie dostępu...W obliczu kilku godzin ścisku, tłoku i gorąca nasz ładunek stał się drogocenny. Jego wartość zwiększyła się jakby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, zupełnie tak, jakby alchemik przekształcił złoty napój w szczere złoto. Zaczęliśmy sprzedawać puszki - ceny dynamicznie pieły się w górę, osiągając w kulminacyjnym momencie poziom 8zł za puszkę (przy cenie zakupu 2,2zł!). Cena wódki w trakcie negocjacji doszła do 60zł za butelkę!, jednak potencjalni kupcy nie mieli wystraczającej siły nabywczej. Byliśmy monopolistami, mogliśmy i dyktowaliśmy warunki. Jednak rynek jest bezwzględnie indyferentny, popyt podupadł (głównie za względu na skutecznie ograniczoną możliwość dystrybucji, ale przede wszystkim na niedrożność systemu toalet). Nie przejęliśmy się tym za bardzo - kilka browców zostało dla nas:). Ach ta ekonomia i organizacja rynku - 5 lat studiowania robi swoje. Pewnie nie wszyscy wykładowcy popierają rozwój przedsiębiorczości w tym kierunku, a jeszcze mniej wogóle podejrzewa w jaki sposób studenci implementują zdobytą wiedzę.... .

Do grodu Kraka dotarliśmy przed 5tą rano. Już po świcie. Śniadanie pod "Adasiem" w pewnym sensie jest obowiązkowym punktem programu. Urozmaiciło je kilka ciekawych, a może nieciekawych konwersacji z ludźmi wracającymi z krakowskich imprez. Była sobota rano, więc piątkowa noc rozciągnęła się trochę - jak to zwykle bywa przy dobrej zabawie. Uzbrojeni w Rzeczpospolitą (wskoczyliśmy dosłownie) do przemyskiego pociągu. Wskoczyliśmy przez okana, aby zająć możliwie jak najwięcej miejsc. Wszystko się udało. Dobry pomysł (Sierpa) i przyzwoite wykonanie.

W oczekiwaniu na resztę śpiochów z Warszawy udaliśmy sie do centurm miasta. Zwiedzaniem tego raczej nie można nazwać - zjedliśmy coś (Lemon oczywiście pizzę) i zabijaliśmy czas na luźnych konwersacjach.

Do granicy dotarliśmy już pełną 9-osobową grupą. W "najciekawszej" sytuacji był Sierp, którego paszport tracił ważność za dokładnie miesiąc czasu. (Przepisy prawne wymagają teoretycznie 3 mieisięcznego terminu ważności). Wszystko się jednak udało. Na granicy polsko-ukraińskiej dzieje się wiele - naprawdę. Główną osnowę przejścia granicznego w Medyce stanowią mrówki - ludzie, którzy przenoszą towary z jednej strony na drugą. Najczęściej do Polski trafiają papierosy, i alkohole wyskoprocentowe. Ustalone limity celne pozwalają tylko na przeniesienie nieznacznych ilości wyskooclonych towarów bez uiszczania podatku, dlatego proceder ten przyjmuje fromę chroniczną, a dla wielu ludzi stanowi jedyne źródło utrzymania. Czy więcej traci na tym państwo, które nie ma możliwości pobrania podatku, czy może szala przechyla się na korzyść społeczeństwa, które ma szanse zdobycia towarów pierwszej potrzeby po niższych kosztach? Szara strefa jest ciekawym zjawiskiem, raczej negatywnym, lecz w pewnym stopniu hamuje zapędy bezwzględnych grup producentów, które zawsze chcą "wydoić" jak najwięcej z rynku. Zbyt wysokie ceny/podatki przekładają się na wzrost przemytu (w każdej formie).

Do Lwowa dotarliśmy późnym popołudniem. Rzeczą nie cierpiącą zwłoki było kupno biletów na dalszą podroż. Rozważaliśmy klika opcji, ale pozostała jedna -właściwie jedna podwójna. Ostatecznie kupiliśmy bilety z przesiadką w Odessie do Symferopola i powrotne ze stolicy Krymu do Lwowa. Tym samym największy koszt podróży (finansowy) został poniesiony i zapadła klamka rysująca pewne ramy naszego wypadu.
Pozostawiając bagaże w dworcowej przechowalni mogliśmy się oddać zwiedzaniu Lwowa.


Mieliśmy sporo czasu - chyba jakieś 20 godzin. Zjedliśmy obiag w restauracji przy głownej arterii miejskiej, spotkaliśmy koleżankę ze studiów. Przelotny deszcz pokrzyżował plany spania na Górze Zamkowej. Noc spędziliśmy na Zelaznodrozynm Wakzale, rankiem (nieco niewyspani) rozpoczęliśmy wycieczkę po bliźniaczym mieście Krakowa.

Na początek Cmentarz Łyczakowski. Byłem we Lwowie już chyba 4 razy, ale jeszcze nie miałem okazji odwiedzenia tego miejsca. Z całej grupy był tu wcześniej Sierpu i Asia. Pogoda dopisywała średnio, ale grzechem byłoby narzekanie - nie było bardzo słonecznie - gdzieniegdzie prześwitywały promienie słońca. W powietrzu dało się odczuć sporą wilgotność, wiatr był zmienny, chwilami porywisty. Do cmentarza dotarliśmy dwoma tramwajami - chyba 6tką i 7ką.

Miejsce pochówku wielu zacnych osobistości tego świata (przede wszystkim Ukraińców i Polaków) nie jest bardzo oddalone od centrum. Kilka przystanków tramwajowych - może 5. Wejście jest płatne, na szczęście koszt nie jest zbyt wysoki. Udało nam się dołączyć
do jednej z polskich wycieczek, których jest tu ( mimo braku sezonu) mnóstwo. Oto klika zdjęć:


Cmentarz Orląt Lwowskich


Grób Iwana Franki na Cmentarzu Łyczakowskim we Lwowie. Pomnik dłuta C. Litwineńki.



Pomnik matemetyka

Lwów to miasto pełne osbliwości. Myślę, że w Polakach ciągle pozostaje nutka nostalgii za tym miesjcem. Świetność Szkoły Lwowskiej, nie tylko tej uniwerysteckiej, ale nawet tej kieszonkowców, do dziś owiewana jest legendami. Pierwsza polska poczta, brukowane uliczki, wspaniałe kamienice i pomniki, ale również Ludzie Pomniki, których można spotkać przechadzając się bulwarami Lwowa. Mieliśmy szczęście - trafiliśmy na 98me urodziny pewnego żołnierza - obrońcy Warszawy z II Wojny Światowej. Żywa leganda, a my spotkaliśmy go tutaj tak po prostu, przy piwie. Niesamowite miasto. Tak blisko od polskiej granicy, a tak różne zwyczaje i kultura.

Starsi ludzie skupiają się rynku. Mężczyźni zajmują się grą w szachy, domino, karty. Posunięcia figur odbywają się w iście szaleńczym tempie. Liczy się czas i sprawność umysłu. Jasność umysłu w tak podeszłym wieku, to nielada sztuka. Staruszkowie bardzo angażują się w grę. Kobiety koncentrują się raczej na rozmowach, niektóre z nich sprzedają owoce swoich przydomowych ogródków - najczęściej kwiaty, bądź warzywa. Za każdym razem, kiedy jestem we Lwowie odnoszę wrażenie, że czas płynie tu spokojniej. Niby to tak blisko, ale jakże daleko.

Po południu podziwialiśmy uliczki Lwowa. Weronika kupiła soweicką czapkę, Qbi prezent dla babci, Bielu koszulkę ja zaś 18 kartkowy zeszyt, w którym rozpocząłem, konkurencyjne do Godlewa, notowanie wydarzeń otaczającej nas rzeczywistości. Sierp kupił pistolet, chyba za 3 hrywny, którm strzelał się z Lemonem do ostatniej amunicji. Nie wchodziliśmy do wszystkich sklepów, niektóre zdaniem Biela "były za wąskie" i te omijaliśmy szerokim łukiem:).

Hugo Boss rządzi we Lwowie, i współrządzi na całej Ukrainie. Czarne reklamówki ze złotym logo niemieckiego producenta odzieży uderzają w oko na każdym rogu. Używają ich wszyscy. Dosłownie. Od eleganckich pań w kozaczkach po ulicznych sprzątaczy końskich odchodów.



Lwów ma swój unikalny klimat. Mimo, iż miasto jest w wielu fragmentach zniszczone i wymaga sporych inwestycji, potrafi przyciągać swoim urokiem. Pewną szansą dla aglomeracji i całego regionu mogą być mistrzostwa europy w piłce nożnej w 2012 roku. Mam nadzieję, że przyczynią się do odbudowy miasta, nie niszcząc jego ducha.




Any comments?


3 comments:

Anonymous said...

:)))))
Czekam na ciąg dalszy

Anonymous said...

ale ze mnie glupol. ciag dalszy juz jest :))))

Anonymous said...

wish I was there :-)