Pierwszym naturalnym przystankiem w każdej miejscowości był oczywiście "magazin". Dziwna sprawa - prawie dwa identyczne spożywczaki zlokalizowane są ściana w ścianę. Ceny te same, towary w 90% też. Chyba każdy obsługuje inny klan, innych sąsiadów - swoją klientelę, bo trudno w inny sposób wytłumaczyć funkcjonowanie takiego zjawiska. Gdyby właściciele znali zasady IO, to pewnie stworzyli by połączony sklep o charakterze lokalnego monopolu. Mogliby podzielić się pracą, zmniejszyć koszty, zyskać na sile przetargowej u hurtowników, itp, itd. Czy byliby wtedy szczęśliwsi? Na tym etapie podróży stałym punktem w naszym menu była już rumcola, ponadto kupiliśmy wino, piwo, chlep, sery, czekoladę i.....masło, o którym napiszę jeszcze później. Przed sklepem minięliśmy grupkę rowerzystów, którzy wlewali do swoich bidonów wódkę i chyba koniak. Ciekawie to wyglądało. Na ten fakt zwrócił uwagę napewno Qbi, który z wyjątkową szczegółowościa analizował każdego użytkownika "wielocipeda", a ponadto trasę jaką wybierał.
Część grupy kusił ciekawy, zachodni stok pięknej zielonej góry. Jednak lobbing drugiej na rzecz innego wariantu spania okazał się silniejszy. Wybór miejsca obozowiska nie nastręczył nam kłopotu. Po tym jak dostaliśmy się na główny bulwar miasteczka, ruszyliśmy w góre, na roztaczające się po zachodniej stronie zbocza. Po 20 min marszu dotarliśmy do polanki. Miejsce wydało się wszystkim (jednogłośnie!) idealne. Rozpoczęliśmy budowę naszych przenośnych domów. W całej tej przygotowawczej krzątaninie Weronika nastąpiła na ostrą krawędź rozbitej butelki. Rozcięła buta i stopę. Na szczęście rana nie okazała się zbyt głęboka, choć mogła trochę boleć. Akcja ratunkowa z wodą utalnioną i plastrem przebiegła sprawnie i szybko.
Przypomniała mi się moja przygoda z dziurawieniem stopy w twierdzy obronnej nad Dubrownikiem. Byliśmy tam z Pawłem już prawie rok temu. Schroniliśmy się pod dachem opuszczonego budynku, rozłożyliśmy swoje wszystkie rzeczy, gdziekolwiek się dało. Nagle zerwała się tak mocna ulewa, a deszcz pod kątem zaczął wpadać przez otwory okienne pozbawiaone szyb. Zaczęły lać się strugi wody po podłodze. Godleś obudził mnie, i zaczęliśmy akcję ewakuacyjną. Nie założyłem butów i to był poważny błąd... . Siknęła krew, zardzewiały gwóźdź przebił miejsce styku środkowego palca z prawą stopą. Paweł przyszedł z utlenioną wodą, ale nasza sytuacja nie wyglądał najlepiej. Rzeczy przenieśliśmy do korytarza, w którym hulał wiatr i też z ukosa zacinał deszcz. Jak na wojnie. W następnym dniu ciężko mi się chodziło, ale na szczęście udało się uniknąc jakoegoś zakażenia, czy innych powikłań.
Obóz powstał w niecałą godzinę. Uwagę towarzystwa przyciągał Bielu, udając się na eksptremalnie dalekie odleglości i fotografując nasz obóz prawie z lotu ptaka. Jestem pewien, że nie jestem jedynym, który z niecierpliwością czeka na wywołanie kliszy z jego ultralekkiego kompaktu. To będą fotki!
"Świetowanie" zainaugurował Qbi rozpoczynając konsumpcją kostki masła. Tak, tak - zjadł kostkę masła. Zakład między nim, a Pawłem, miał już miejsce dawno temu, ale realizacja wymagała odpowiedniej chwili. Ta nadeszła na Ukrainie. Czy to dlatego później wpatrywał się w poświatę księżyca, stojąc niemal nieruchomo na krawędzi zbocza? hmmm...
Z tyłu było słychać głosy, „podnieś rączki go góry…”:)
Około północy do naszego małego obozu zakradł się lis. Podszedł blisko nie bojąc się wcale. Pierwsze przepłoszenie go nic nie dało. Później zniknął na chwilę, ale pojawił się późno w nocy, gdy już poszliśmy spać. Obudził Godlesia przewracając jakąś puszkę, ale potem odszedł na dobre. Noc była spokojna, a poświata księżyca w pełni przebijała się przez lekko zachmurzone niebo.
Rankiem, po porannej toalecie i wspólnym śniadaniu wyruszyliśmy dalej. Wspólny posiłek jest mocno zakorzeniony w odległych sferach świadomości ludzi. Jeszcze zanim drzewa opuściły nas jadaliśmy w grupie. Jak mawiają chińczycy: „Obyś nie jadał sam”. Dużo prawdy zawartej jest w tym zdaniu o nas samych, o naszej naturze. Lubię, uwielbiam wspólne posilanie się – czasami mi tego bardzo brakuje, ale nie podczas tej wycieczki. Do Teodozji pozostało nam jakieś 10 kilometrów marszu, albo 10 piw, jak kto woli. Przed drogą dokonaliśmy zakupów w bliźniaczych sklepach. Rumcola, czekolada z wafelkami, Sierp kupił wędzonego kurczaka, którego kości trafiły się bezdomnym przydrożnym, słodkim szczeniakom. Godleś i Qbi walnęli sobie po setce wódki z papryką i dwoma, albo trzema korniszonami za jakiejś śmiesznie niskie pieniądze.
Najpierw szliśmy dorgą, jednak po kilku kilometrach udało mi się (z pomocą Asi i Godlesia) przeforsować pomysł skrótu. Skrót był skrótem, droga była krótsza, ale nie wiadomo czy szybsza. Trasa nie była specjalnie trudna, jednak po godzinie, czy dwóch marszu można ją było odczuć w łydkach. Prowadziła przez kilka sporych pagórków – na okoliczny szczyt. Nieopodal znajdowały się interesujące białe, kuliste budowle, niczym z Disney Worldu na Florydzie.
Przez naszego speca od telekomunikacji i systemów satelitarnych (Lemona) zostały zidentyfikowane jako obserwatorium meteorologiczne, bądź wyrzutnie pocisków balistycznych. W samej Teodozji nie spędziliśmy wiele czasu, zrobiliśmy podstawowe zakupy, tym razem menu zostało wzbogacone przez kabanosy, wędzony ser i pierwszą wódkę. W założeniu mieliśmy jechać do Kercza, jednak nasza pomysłowość przyczyniła się do rezygnacji z pierwotnych ustaleń. Sprawy potoczyły się w kierunku niemożliwym do przewidzenia.
*post scriptum
nocleg k. Ordżonkidze i trasa marszruty do Teodozji...zdjęcia satelitarne
45° 1'33.43"N 35°26'32.36"E

4 comments:
a jednak Kubi się pojawił na matrycy. Vivat!
Spoko, spoko - zdjecia beda juz niedlugo;D
PS Rozumiem Marku ze dwa twoje ostatnie wpisy doczekaja sie wkrotce rozwiniecia, prawda?
będą zdjęcia, będzie rozwinięcie:)
biorąc pod uwagę moje ostatnie zdziwaczenie, chyba coś mi jednak ten słoik zaaplikował =P
Post a Comment