Było stepowanie....
Było już za późno na bezpośrednie połączenie z Kerczem. Nas i tak interesowała wersja najtańsza, więc przesiadaka tylko wzbogacała podróż o kolejne odwiedzone miejsce. Czterogodzinnym przystankiem okazała się Władisławowka. Co tam się nie działo. Zabawa zaczęła się jak zwykle w pociągu - niby to tylko 40 min, ale jak to mawia Lemon - 4 piwa, i rzeczywiście jakoś tak było. Wysiedliśmy na dworcu i poszliśmy pod "Magazin". Poszedłem jedną ulicę dalej, ale tam już były tylko pasące się krowy
- dziura jakich mało! Po jakimś czasie zjawił się Josip, tubylec. Razem Z Godlesiem, Bielem i Qbim rozpiliśmy szybko mała butelkę wódki, potem ja wyciuągnąłem swoją, dołączył Sierp i znowu było widać dno butelki. Coś gawariliśmy o Jewro 2012, i innych sprawach. Chwilę później zjawił się kitajec (chińczyk) - Misza -
który w '68 opuścił z ojcem Szanghaj. Podróżował przez pakistan, Indie, Afganistam i inne republiki byłego ZSRR, aż w końcu wylądował tu, na Krymie, we Władysławowce. Nie znał chińskiego, ale jego rysy (w szczególności skośne oczy) zdradzały, że nie kłamał. Całe zamieszanie przed sklepem zwabiło przedsiębiorczą właścielkę podziemnego lokalu. Powiedziała, że usamży nam cieburiaki, i nie rzuciła słów na wiatr. Nawet nie uzgodniła z nami ceny i wzięła się do pracy. Ponadto otworzyła dla nas cały lokal i zatrudniła męża jako DJ, który puszczał jakieś hity z odtwarzacza MP3. Zabawa rozkręcała się na całego. Tańczyliśmy,
kupiliśmy więcej piw, później nawet koniak Żan-Żak. Dyskoteka była nasza na wyłączność - zapuściliśmy kupione we Lwowie hity na krążkach CD. Było naprawdę hucznie i wesoło. Rewelacja, po raz kolejny nasza grupa pokazała swoją siłę przetargową wynikającą z mnogości. Mniejszej ilości osób byłoby trudno zorganizaować podobną zabawę.
Mam wrażenie, że niektóre zdjęcia z tej imprezy nie powinny ujrzeć nigdy światła dziennego:)
Ale nic nie trwa wiecznie, spakowaliśmy się w pośpiechu i pożegnaliśmy z tą małą, ale jakoże zaskakująco gościnną mieściną.
W ostatniej minucie kupiłem w magazinie 10 Arsenałów, 1 zbił się po drodze i do pociągu dotarło tylko 9, albo aż 9 zważając na okoliczności.
Pociąg do Kercza miał jechać około dwóch godzin. Pomysł opuszczenia pojezdu przed końcem trasy narodził się dosyć spontanicznie, już nie pamiętam kto był jego autorem, ale jeśli miałbym obstawiać to postawiłbym na Asię.
był i step...
Ruszyliśmy w nieznane, w step. Trasę szacowaliśmy na kilka, może dziesięć kilometrów. Celem było rozbicie namiotów nad brzegiem Morza Azowskiego. Gdy wyszliśmy z pociągu było około jedenastej. Ruszyliśmy na północ/północny wschód - w stronę Kerczu.
Szliśmy wyjątkowo żwawo. Gdy grupa jeszcze stanowiła całość ustaliliśmy, że zatrzymamy się
dokładnie o pierwszej w nocy, i praktycznie bez względu na miejsce rozstawimy namioty. Po okoła dwudziestu minutach "iścia" grupa rozdzieliła się. Na czoło wysnunęliśmy się ja z Asią. Słuchaliśmy muzyki z telefonu komórkowego i parliśmy naprzód. Wtedy też miała miejsce pierwsza i jak się później okazało ostatnia, stosunkowo mocna wymiana zdań między mną a Bielem. Zdarzenie to, niosące w sobie wiele z symptomów przepowiadaniej przez Sierpa kłótni, rozdarło bezkresną ciszę panująca na stepie. Pewnie słychać nas było w promieniu kilometra. Sednem tej chwilowej eskalacji poglądów, była jak to zawsze bywa różnica poglądów. Struktura problemu przyjęła charakter konwergentny, nasz cel był wspólny, a rozbiło się raczej o sposoby dojścia do niego. Byłem pewien kierunku w którym podążaliśmy - dzięki odniesieniu do kierunku pociągu, którym jechaliśmy i konstelacji gwiazd. Niebo było bezchmurne, a pośwata księżyca wspomagała nasze czołówki. Potrafię jednak zrozumieć niepewność Biela i wynikające z niej zdenerwowanie. Gdybym był na jego miejscu, też byłbym zły - chyba nie potrafiłem go przekonać do mojego zdania. Ostatecznie kwestię sporną rozstrzygnął kompas Sierpa, który (na moje szczęście) potwierdził kierunek dalszej marszruty. Wraz z nadejściem deadlinu dotarliśmy nad bajorko wodne, prawdopodobnie jakiś staw hodowlany i rozstawiliśmy pałatki. Kolacji i wieczornego picia nie było. Po pierwsze nie mieliśmy wystarczająco dużo zapasów, a po drugie zmęczenie wzięło górę - poszliśmy grzecznie spać. Rankiem, standardowo - wswzyscy wyjęłi z plecakow produkty i "zmontowaliśmy" wspólne śniadanie. Był ktoś od smarowania i ktoś od krojenia. Toaleta znajdowała się za pobliskim pagórkiem, gdzie w kilku dołach (powiedział nam o tym z samego ranka pewien ukrainiec) można było spodziewać się poniemieckich min. Na szczęście nic nie wybuchło. Horyzont morza był widoczny w kilku miejscach, jednak droga prowadząca nad sam brzeg zdawała się ciągnąć w nieskończoność. Pogoda była idealna do marszu - szczypta słońca (lecz nie za dużo), dwie garście wiatru (w sam raz) i zero deszczu, ale przede wszystkim dopisywała pogoda ducha. Ta najważniejsza, bez której żadna podróż nie jest udana i która każdą drogę czyni wyjątkową. Po drodze wymienia się z towarzyszami myślami, zdaniami, doświadczeniami. Dla mnie ciekawe były opowieśći Lemona, który nie tak dawno temu zaczął pracę w "Luftwaffe" i już znał sporo zagadnień (jeżeli nie wszystkie) z dziedziny lotnictwa cywilnego. Szczegóły budowy lotnisk, prognozowania pogody, planowania rozkładów lotów i historie o awariach latających maszyn wypełniały nam czas. Przyroda otaczająca nas miała charakter stepowy - niska trawiasta roślinność ciągnęła się jak makiem zasiał. Gdzieniegdzie wyłaniały się wapienne skały z pieczarmi, czasami przebiegł zając. W miarę zbliżania się do morza, straciliśmy linię brzegową z oczu. Byliśmy pewni że jest za kilkoma pagórkami, ale jej nie widzieliśmy. Weronika z monofonicznym MP3 playerem stała się liderem marszu. Nigdy (poza kilkoma wygłuapami) nie ścigaliśmy się, każdy szedł swoim tempem - przynajmniej takie wrażenie odnosiłem. W momencie gdy dotarliśmy do fermy strusi, zmęczenie/znużenie osiągnęło "lokalne apogeum". Mieliśmy kilka pomysłów jak wykorzystąc to miejsce - jednym z nich była idea kupienia strusiego jajka. To byłby obiad(!). Nic takiego jednak się nie stało i obeszlliy się tylko smakiem wirtualnego posiłku. Dwieście metrów dalej, po wdrapamniu się na wzgórek, można było ujrzeć piękną, pełną panaroamę okolicy. Wtedy też dostrzegliśmy skały
,na których zaplanowaliśmy nocleg. W demokratycznym głosowaniu oddzielnymi grupami wybraliśmy opcję cofnięcia się do nadmorskiej wioski. Widać ją było jak na dłoni, jednak droga przez burzanowe pola zajęła 5-6 piw drogi. Szlak topograficznie nie nastręczał wielu trudności, wszelkie niebezpieczeństwa kryły się w trawach. Nie wiem, czy każdy zdawał sobie w pełni z nich sprawę. Największym z nich były węże i żmije. Co by było gdyby gad ukąsił jednego/jedną z nas? Dotarcie do najbliższego szpitala zajęłoby co najmniej godzinę, nikt z nas nie miał surowicy, a na dodatek nasze doświadczenie w postępowaniu w takich sytuacjach było nikłe. Momentami nasza wyprawa jawiła mi się jako za bardzo spontaniczna i bez należytego tła bezpieczeństwa. Z drugiej jednak strony trudno jest czegokolwiek żałować i pewnie każdy z nas (mimo zawartego ryzyka) powtórzyłby każdy swój krok. Do wioski dotarliśmy w trójkę - Weronika, Lemon i ja, poźniej dołączyła Karolina. Po krotkiej konwersacji z babuszką
udaliśmy się do monopolistycznego magazinu. Reszta grupy pozostała jakieś 15-20 minut za nami. Weszliśmy do środka - wybór nie był oszałamiający, jednak podstawowe produkty - piwo, wino i wodę - można było kupić. Chleba nie było.... . Usiedliśmy pod sklepem, gdy nagle ekspedientka oświadczyła, że zamyka sklep, bo za pięć minut ma marszrutkę do Kercza. W pośpiechu dokonaliśmy dalszych zakupów, głównie piwa w plastikowych butelkach. Udało się, ale wizja dnia bez elementarnych zapasów była bliska. Po części dzięki wydarzeniem sklepowym dane nam było poznanie rozkładu autobusów do Kercza i stworzenie szkicu notebene dlaszego planu podróży. miejsce noclego znaliśmy już od łądnych paru godzin. Zdarzył się tak, że wybrałem inną trasę niż wszyscy, przeszedłem przez cmentarz a później koło strżnicy wojskowej. Wtedy wyskoczył na mnie szarik - musiałem się zasłaniać plecakiem, bo szczerzylmocno kły. Na szczęśćie obeszło się bez rozlweu krwi, a wojskowi lekko zdziwieni nie widzieli żadnych przeszkód przed rozbiciem obozowiska wśród pobliskich skał.

Było już za późno na bezpośrednie połączenie z Kerczem. Nas i tak interesowała wersja najtańsza, więc przesiadaka tylko wzbogacała podróż o kolejne odwiedzone miejsce. Czterogodzinnym przystankiem okazała się Władisławowka. Co tam się nie działo. Zabawa zaczęła się jak zwykle w pociągu - niby to tylko 40 min, ale jak to mawia Lemon - 4 piwa, i rzeczywiście jakoś tak było. Wysiedliśmy na dworcu i poszliśmy pod "Magazin". Poszedłem jedną ulicę dalej, ale tam już były tylko pasące się krowy
- dziura jakich mało! Po jakimś czasie zjawił się Josip, tubylec. Razem Z Godlesiem, Bielem i Qbim rozpiliśmy szybko mała butelkę wódki, potem ja wyciuągnąłem swoją, dołączył Sierp i znowu było widać dno butelki. Coś gawariliśmy o Jewro 2012, i innych sprawach. Chwilę później zjawił się kitajec (chińczyk) - Misza -
kupiliśmy więcej piw, później nawet koniak Żan-Żak. Dyskoteka była nasza na wyłączność - zapuściliśmy kupione we Lwowie hity na krążkach CD. Było naprawdę hucznie i wesoło. Rewelacja, po raz kolejny nasza grupa pokazała swoją siłę przetargową wynikającą z mnogości. Mniejszej ilości osób byłoby trudno zorganizaować podobną zabawę.Mam wrażenie, że niektóre zdjęcia z tej imprezy nie powinny ujrzeć nigdy światła dziennego:)
Ale nic nie trwa wiecznie, spakowaliśmy się w pośpiechu i pożegnaliśmy z tą małą, ale jakoże zaskakująco gościnną mieściną.
W ostatniej minucie kupiłem w magazinie 10 Arsenałów, 1 zbił się po drodze i do pociągu dotarło tylko 9, albo aż 9 zważając na okoliczności.
Pociąg do Kercza miał jechać około dwóch godzin. Pomysł opuszczenia pojezdu przed końcem trasy narodził się dosyć spontanicznie, już nie pamiętam kto był jego autorem, ale jeśli miałbym obstawiać to postawiłbym na Asię.
był i step...
Ruszyliśmy w nieznane, w step. Trasę szacowaliśmy na kilka, może dziesięć kilometrów. Celem było rozbicie namiotów nad brzegiem Morza Azowskiego. Gdy wyszliśmy z pociągu było około jedenastej. Ruszyliśmy na północ/północny wschód - w stronę Kerczu.
Szliśmy wyjątkowo żwawo. Gdy grupa jeszcze stanowiła całość ustaliliśmy, że zatrzymamy się
dokładnie o pierwszej w nocy, i praktycznie bez względu na miejsce rozstawimy namioty. Po okoła dwudziestu minutach "iścia" grupa rozdzieliła się. Na czoło wysnunęliśmy się ja z Asią. Słuchaliśmy muzyki z telefonu komórkowego i parliśmy naprzód. Wtedy też miała miejsce pierwsza i jak się później okazało ostatnia, stosunkowo mocna wymiana zdań między mną a Bielem. Zdarzenie to, niosące w sobie wiele z symptomów przepowiadaniej przez Sierpa kłótni, rozdarło bezkresną ciszę panująca na stepie. Pewnie słychać nas było w promieniu kilometra. Sednem tej chwilowej eskalacji poglądów, była jak to zawsze bywa różnica poglądów. Struktura problemu przyjęła charakter konwergentny, nasz cel był wspólny, a rozbiło się raczej o sposoby dojścia do niego. Byłem pewien kierunku w którym podążaliśmy - dzięki odniesieniu do kierunku pociągu, którym jechaliśmy i konstelacji gwiazd. Niebo było bezchmurne, a pośwata księżyca wspomagała nasze czołówki. Potrafię jednak zrozumieć niepewność Biela i wynikające z niej zdenerwowanie. Gdybym był na jego miejscu, też byłbym zły - chyba nie potrafiłem go przekonać do mojego zdania. Ostatecznie kwestię sporną rozstrzygnął kompas Sierpa, który (na moje szczęście) potwierdził kierunek dalszej marszruty. Wraz z nadejściem deadlinu dotarliśmy nad bajorko wodne, prawdopodobnie jakiś staw hodowlany i rozstawiliśmy pałatki. Kolacji i wieczornego picia nie było. Po pierwsze nie mieliśmy wystarczająco dużo zapasów, a po drugie zmęczenie wzięło górę - poszliśmy grzecznie spać. Rankiem, standardowo - wswzyscy wyjęłi z plecakow produkty i "zmontowaliśmy" wspólne śniadanie. Był ktoś od smarowania i ktoś od krojenia. Toaleta znajdowała się za pobliskim pagórkiem, gdzie w kilku dołach (powiedział nam o tym z samego ranka pewien ukrainiec) można było spodziewać się poniemieckich min. Na szczęście nic nie wybuchło. Horyzont morza był widoczny w kilku miejscach, jednak droga prowadząca nad sam brzeg zdawała się ciągnąć w nieskończoność. Pogoda była idealna do marszu - szczypta słońca (lecz nie za dużo), dwie garście wiatru (w sam raz) i zero deszczu, ale przede wszystkim dopisywała pogoda ducha. Ta najważniejsza, bez której żadna podróż nie jest udana i która każdą drogę czyni wyjątkową. Po drodze wymienia się z towarzyszami myślami, zdaniami, doświadczeniami. Dla mnie ciekawe były opowieśći Lemona, który nie tak dawno temu zaczął pracę w "Luftwaffe" i już znał sporo zagadnień (jeżeli nie wszystkie) z dziedziny lotnictwa cywilnego. Szczegóły budowy lotnisk, prognozowania pogody, planowania rozkładów lotów i historie o awariach latających maszyn wypełniały nam czas. Przyroda otaczająca nas miała charakter stepowy - niska trawiasta roślinność ciągnęła się jak makiem zasiał. Gdzieniegdzie wyłaniały się wapienne skały z pieczarmi, czasami przebiegł zając. W miarę zbliżania się do morza, straciliśmy linię brzegową z oczu. Byliśmy pewni że jest za kilkoma pagórkami, ale jej nie widzieliśmy. Weronika z monofonicznym MP3 playerem stała się liderem marszu. Nigdy (poza kilkoma wygłuapami) nie ścigaliśmy się, każdy szedł swoim tempem - przynajmniej takie wrażenie odnosiłem. W momencie gdy dotarliśmy do fermy strusi, zmęczenie/znużenie osiągnęło "lokalne apogeum". Mieliśmy kilka pomysłów jak wykorzystąc to miejsce - jednym z nich była idea kupienia strusiego jajka. To byłby obiad(!). Nic takiego jednak się nie stało i obeszlliy się tylko smakiem wirtualnego posiłku. Dwieście metrów dalej, po wdrapamniu się na wzgórek, można było ujrzeć piękną, pełną panaroamę okolicy. Wtedy też dostrzegliśmy skały
,na których zaplanowaliśmy nocleg. W demokratycznym głosowaniu oddzielnymi grupami wybraliśmy opcję cofnięcia się do nadmorskiej wioski. Widać ją było jak na dłoni, jednak droga przez burzanowe pola zajęła 5-6 piw drogi. Szlak topograficznie nie nastręczał wielu trudności, wszelkie niebezpieczeństwa kryły się w trawach. Nie wiem, czy każdy zdawał sobie w pełni z nich sprawę. Największym z nich były węże i żmije. Co by było gdyby gad ukąsił jednego/jedną z nas? Dotarcie do najbliższego szpitala zajęłoby co najmniej godzinę, nikt z nas nie miał surowicy, a na dodatek nasze doświadczenie w postępowaniu w takich sytuacjach było nikłe. Momentami nasza wyprawa jawiła mi się jako za bardzo spontaniczna i bez należytego tła bezpieczeństwa. Z drugiej jednak strony trudno jest czegokolwiek żałować i pewnie każdy z nas (mimo zawartego ryzyka) powtórzyłby każdy swój krok. Do wioski dotarliśmy w trójkę - Weronika, Lemon i ja, poźniej dołączyła Karolina. Po krotkiej konwersacji z babuszką
udaliśmy się do monopolistycznego magazinu. Reszta grupy pozostała jakieś 15-20 minut za nami. Weszliśmy do środka - wybór nie był oszałamiający, jednak podstawowe produkty - piwo, wino i wodę - można było kupić. Chleba nie było.... . Usiedliśmy pod sklepem, gdy nagle ekspedientka oświadczyła, że zamyka sklep, bo za pięć minut ma marszrutkę do Kercza. W pośpiechu dokonaliśmy dalszych zakupów, głównie piwa w plastikowych butelkach. Udało się, ale wizja dnia bez elementarnych zapasów była bliska. Po części dzięki wydarzeniem sklepowym dane nam było poznanie rozkładu autobusów do Kercza i stworzenie szkicu notebene dlaszego planu podróży. miejsce noclego znaliśmy już od łądnych paru godzin. Zdarzył się tak, że wybrałem inną trasę niż wszyscy, przeszedłem przez cmentarz a później koło strżnicy wojskowej. Wtedy wyskoczył na mnie szarik - musiałem się zasłaniać plecakiem, bo szczerzylmocno kły. Na szczęśćie obeszło się bez rozlweu krwi, a wojskowi lekko zdziwieni nie widzieli żadnych przeszkód przed rozbiciem obozowiska wśród pobliskich skał.
3 comments:
Taaak Marku też maczałeś w tym szalonym pomyśle swoje palce.
Ale dzięki temu poznaliśmy Kurortnoje, jezioro na stepie, Rosjan w marszrutce itd. ;-).
15-20 minut za wami? stawiałbym jednakowoż na 5 ;-)
Niesamowite bylo to ze rowno o pierwszej doszlismy do prawdopodobnie najlepszego miejsca noclegowego w promieniu kilku kilometrow, mimo ze jak sie okazalo za bardzo w jeziorku nie dalo sie wykapac;) Chyba ze kapiel w blocie, ktora Godlew i Lemon w ograniczonym stopniu, ale uskutecznili:)
PS. Kompas wskazywal nie polnoc ale polnocny-wschod:P Mysle ze nioslo sie dalej niz na kilometr;)
Post a Comment