Właściwe śniadanie zjedliśmy dopiero po zakupach w lokalnym magazinie. Dzień zapowiadał się bardzo upalnie, ostre słońce raziło w oczy. Większość z nas miała okulary przeciwsłoneczne, ale nie wszyscy. Na przystanku budziliśmy niemałe zainteresowanie. Ludzie byli raczej zdziwieni widząc dziewięć osób z plecakami. Mimo, iż nazwa tej wioski - Kurortnoje - mogłaby sugerować inaczej, to turyści tutaj nie stanowią codziennego komponentu pejzażu. Z pewnościa są tu rzadkością w sezonie turystycznym (przecież nie ma tu nic interesującego!), a poza nim zjawiają się tu tylko zabłąkane duszyczki. Ponadnormatywna ilość osób (na dodatek ze sporymi bagażami) stanowiła niełatwe wyzwanie dla miejscowego środka transportu. Dzięki przeniesieniu plecaków na tył samochodu wszyscy szczęśliwie pomieściliśmy się, choć już nie każdy miał miejsce siedzące. Tubylcy byli raczej wyrozumiali i przyjaźnie nastawieni. Qbi nauczył jednego z nich sztuki fotografowania telefonem komórkowym
Zwiedzanie Kercza rozpoczęło się już na Awtowagzale - tam znajduje się wielki kurhan - pierwszy i ostatni jaki widzieliśmy:). Następnym etapem był Centralnyj Rinok. Miejski rynek, to taki klasyk wschodu. Tam skupia się codziennie spora część społeczności, ceny są tu niższe, a towary świeże. Co można tu kupić? Właściwsze pytanie brzemiało by raczej: Czego nie można tu nabyć? Na stoiskach mięsnych miejscowym hitem były języki koni i krów,
ale nikt z nas się na to nie skusił - zresztą mielibyśmy problemy z ich przyrządzeniem. Kupiłem wrawdzie trochę koniny, ale wędzonej, żeby sprawdzić jak smakuje. Całkiem całkiem, może trochę łykowata, ale smaczna i da się zjeść. Owoce morze ponownie królowały w naszych jadłospisach
,to z nimi eksperymentowaliśmy w największej skali. Nowe smaki i doznania to cel podróżowania sam w sobie, być może nie wypowiadany często wprost, jednak podświadomie dla wielu z nas oczywisty. Zdobywanie doświadczeń odbywa się na wielu płaszczyznach symulotnicznie, a zdecydowanej akceleracji nabiera właśnie podczas odwiedzin innych krajów, podczas poznawania nowych kultury i ich obyczajów. To jedna z esencjonalnych nut podróżowania, przynajmniej dla mnie, ale wiem, że nie jestem odosobniony w tej kwestii. Po zaspokojeniu głodu i pragnienia (Lemonowi wciąż było mało), ruszyliśmy na dworzec kolejowy - na drugi koniec miasta. Początkowo droga prowadziła nas wzdłuż miejskiego, otwartego kanału. Mogło wydawać się, że to zwykły śmierdzący ściek w centrum prawie dwustutysięcznego miasta. Jednak życie w nim tętniło. Widać było sporo roślinnosći reprezentowanej głównie przez lokalne odmiany tataraków oraz inne wodne organizmy zawierające chlorofil. Świat fauny reprezentowały ławice ryb (tylko pojedyncze sztuki pływały do góry brzuchami). Ponadto sfotografowałem kilka szczurów
i węży - całkiem sporo życia - jak na ściek, a przecież byliśmy nad nim dosłownie przez chwilę i większości organizów nie byliśmy w stanie dostrzec.Na Żelaznodrożnym Wakzale kupiliśmy bilety do Dżankoj. Bardzo pasujące nam połączenie i niską jego cenę postanowiliśmy uczcić w przydworcowym barze. Obsługi nie zapomni chyba nikt z nas. Barmanka robiła wielką łaskę przy każdym zamówieniu. Do tej pory nie mam pojęcia dlaczego tak się zachowywała. Pojawiały się różne wytłumaczenia - ktoś zasugerował, że nikt jej dawno nie przeleciał. Na sto procent ten lokal nie należal do niej. Tak nie zachowuje się przedsiębiorca, któremu zależy na prowadzeniu jakiegokolwiek interesu. Poziom obsługi i podejście do klienta było diamteralnie inne od tego czego doświadczyliśmy we Władysławowce. Tam mogliśmy liczyć na wszystko, ale przede wszystkim na zaangażowanie ze strony sprzedawcy. Tu zainteresowanie personelu sprowadzało się właściwie tylko do jednego - jak się nas najszybciej pozbyć. Nazwa baru "Pielgrzym" w najmniejszym stopniu nie odpowiadała naturze tego słowa. Goszczenie przyjezdnych, znużonych podróżą, chcącyh po prostu coś zjeść i odpocząć nie znajdowało żadnego odbicia w sposobie funkcjonowania tego przybytku.
Z miescowej poczty, pośrodku której wiszą obrazy ilustrujace towarzysza Lenina, (nie takie portretowe, tylko takie przedstawiające go w sytuacjach codziennych) wysłaliśmy parę kartek do znajomych, rodziny. Nieopodal w supermarkecie zrobiliśmy spore zapasy spożywczo-procentowe. Największym przebojem okazały się wina, drugie miejsce to rumcola, trzecie piwo, na czwartym plasowały się mocniejsze trunki. Przed spoakowaniem wszystkiego rzostawiliśmy sie przy czerwonym murku. Niby zwyczajny murek,ale sprytnie pomyślany - pokryty jest specjalną, łatwo brudząca farbą, dzięki temu nikt na nim nie siadał (oprócz nas). Nasze plecaki jeszcze nigdy nie ważyły tak dużo. Nawet 35l plecak Lemona osiągnął przyzwoita wagę. Rozłożyliśmy się na bulwarze w oczekiwaniu na "nie wiadomo co" - używając słów Qbiego. Tak naprawdę to czekaliśmy aż rozwiąże się kwestia miejskiego noclegu. Do tej pory rozwiązania jaoś same się znajdywały, więc do paniki (jakiej paniki!?, nawet do lekkiego zdenerwowania) było nam jeszcze daleko. DZiewki odłączyły się na jakiś czas, żeby poskakać na dyskotece, część męska usiadła przy stoliku przedszkolnego ogródka. Popijając chmielowy napój wspominaliśmy minione studenckie czasy - szczególnie na myśl przychodzili nam najbardziej zwariowani wykładowcy z PG. Nadszedł czas spania. Godleś, Bielu i ja postanowiliśmy przespać się w palisadzie z kredek.
Miejsce nie było dużo, lecz miejscówka w centrum miasta była przednia. Reszta udała się na dworzec kolejowy. Już tylko z opowieści wiem, ze w nocy lizały ich koty i psy... . Niestet noc nie była spokojna. Po kilku godzinach ktoś nas zauważył (ciągle obstaję, że zwabiło go chrapanie Godlesia) i musieliśmy zmienić noclegownię. Zebraliśmy manatki i udaliśmy się w stronę portu. Tam, na betonowym nabrzeżu rozłożyliśmy karimaty i śpiwory. Do morza mieliśmy może metr, albo dwa - także znowu świetne miejsca! Spokój zakłócili nam dwaj podejrzani goście. Przyjechali białą ładą z bagażnika wyjęli ponoton, napompowali go nadzwyczaj sprawnie i popłynęli w stronę Rosji, przez siesninę Kerczeńską. Na początku myślałem, że to przemytnice, ale równiedobrze mógł to być ktokolwiek. Wrócili jakoś kolo drugiej, czy trzeciej nad ranem. Niebo o wschodzie słońca mieniło się cudowną gamą kolorów. To jedyny wschód słońca jaki widziałem na tym wypadzie, niestety lenistwo i zimno skutecznie powstrzymały mnie przed uwiecznieniem tego widoku na matrycy mojego Lumixa. Zrobiłem za to parę zdjęć portowego wędkarza, który wszystko co złowił oddawał kotom.

Obraz kolorowego wschodu słońca jak tysiące innych (nieuwiecznionych) pozostał tylko w mojej (naszej) pamięci. Fotografia jest fajna, ciekawa, pozytywna (mimo iż używa się negatywów (tj. używało się kiedyś)), ale to obrazy zapisane w naszych umysłach tworzą nas. Kształtują sposób postrzegania świata, rzeźbią nasze charaktery i często to co widziieliśmy determinuje nasze zachowania. Im więcej widzimy, tym szerszy wachlarz opcji roztacza się przed nami. Podróże wydają się być jedną z dróg prowadzących do rozwoju osobowości, czytanie książek drugą. Każdy z nas wybiera sobie ścieżkę, mieszając po trochu każdego składnika. Trochę podróży, trochę książek, trochę przyjaciół, szczypta wykształcenia, odrobina rodziny, element poezji, garstka doświadczenia zawodowego, pierwiastek miłości i duchowości, tak wygląda receptura na osobowość. Każdy dowolnie ustala sobie proporcje tej mikstury, w miarę możliwości, a dzięki temu każdy jest inny, dlatego tak bardzo ciekawy jest świat ludzi.
Po przebudzeniu się, wysuszyliśmy śpiwory, i jeszcze przed siódmą rano udaliśmy się na rynek. Miasto Kercz budziło się do życia. Ulica smagane wczesnoporannym słonecznym światłem pozbawione były elementu życia. Jedynym wyjątkiem byli śmieciarze, którzy rozpoczęli swoje codzienne obowiązki. Gdy dotarliśmy w okolice rynku sytuacja uległa zmianie. Życie tętniło. Gwar, zgiełk, hałas otaczających nas stoisk sprawiały wrażenie jakbyśmy znaleźli się w centrum ula. Tysiące robotnic (babuszek) nagabywało do swoich towarów, każdy poruszał się niby bezwładnie i bezskładnie, jednak kierował się swoją własną logiką. Moim głównym celem był zakup paierosów. Nie, nie palę! Jestem ekonomistą (a raczej będę, mam nadzieję że najdalej za pół roku). Postanowiłem zainwestować trochę pieniędzy w ten towar i wykorzystać znaczne różnice cen. Arbitraż jest naturalnym zjawiskiem, a posiadanie dostępu du rynku zbytu (brać zamieszkująca akademik) stanowi dodatkową zachętę to uprawiania tego typu procederu. Dzięki temu i pomocy całej drużyny, mam szansę na zwrot kosztów podróży. Przy takich planowanych rozmiarach zakupów miałem nadzieję uzyskac 5% rabat, udało się wynegocjować nawet więcej - 7,25%! Po zakupach pojechaliśmy na dworzec i połączyliśmy się z resztą grupy.
Kilka fotek z wyjazdu:
autorstwa Asi:
http://picasaweb.google.pl
i mojego:
http://www.neiu.edu/~mzietek/ukraine2007/www/index.html
http://www.neiu.edu/~mzietek/ukraine2007/ukraina_my
5 comments:
Bardzo dziękuję Marku.
Moje ego jest napompowane do granic możliwości ;-).
Hola hola Mareczku dziewki to ja sobie ( i pewnie A i K również sobie wypraszają) gdyby nie te dziewki i ich absurdalna chęć machania biodrem przy niedarmowej muzyce, to nie zaznałyby wasze tyłeczki muchomorków, ani plecki kredek, ton lekceważący jest zatem wybitnie nie na miejscu ;)
Weroniczko, nie śmiałbym użyć tonu lekceważącego, raczej chodziło mi o odniesienie do staropolszczyźnianego tonu dobrej zabawy, figlarności i hulanki - tak jak we fraszce Kochanowskiego
"Do dziewki"
Nie uciekaj przede mną, dziewko urodziwa,
Z twoją rumianą twarzą moja broda siwa
Zgodzi się znamienicie; patrz, gdy wieniec wiją,
Że pospolicie sadzą przy różej leliją.
Nie uciekaj przede mną, dziewko urodziwa,
Serceć jeszcze niestare, chocia broda siwa;
Choć u mnie broda siwa, jeszczem niezganiony,
Czosnek ma głowę białą, a ogon zielony.
Nie uciekaj, ma rada; wszak wiesz: im kot starszy,
Tym, pospolicie mówią, ogon jego twardszy;
I dąb, choć mieścy przeschnie, choć list na nim płowy,
Przedsię stoi potężnie, bo ma korzeń zdrowy.
mam nadzieję, że przy takiej interpretacji nie będziesz się czuła urażona.
ja urażona? w mej naturze nie leżą tak niskie uczucia, toteż nie czuję się absolutnie, acz fraszką tą szowinistyczną i wulgarną w domyśle wielkieś mógł poczynić szkody. U Mickiewicza przykładów szukaj pierwej.
Nie pamietam czy juz Ci kiedys mowilam, pisalam, ale zorbie to i teraz: opowiesc jest fantastyczna. Dodatkowo odkurza wspomnienia jesli sie ja czyta po tak dlugim czasie.
Pozdrowienia z Elx
Post a Comment